Brak pomysłu na życie? Oto rada warta kilkaset złotych!

Tyle się słyszy o tym, jak trudno znaleźć pracę, jakie to życie dzisiaj ciężkie – nie ma perspektyw, nie ma pieniędzy. Nic tylko się powiesić albo wyjechać za granicę.

 

A przecież żyjemy w naprawdę pięknych czasach – jest tyle możliwości dla młodych ludzi, że nic tylko działać, rozwijać się i spełniać marzenia. W zasadzie to chyba nigdy nie żyliśmy w lepszych czasach. Tyle teraz możliwości, by zdobyć brakującą wiedzę – darmowe szkolenia, konferencje, filmy na Youtubie, ebooki. Tyle możliwości, by się z kimś skontaktować – poczta e-mailowa i Facebook umożliwiają dzisiaj dotarcie do ludzi na całym świecie i załatwienie niemal każdej sprawy. Tyle sposobów, by pozyskać kapitał na biznes – crowdfunding, inwestorzy, środki unijne. No naprawdę, lepiej wyjechać do UK i zmywać gary.

 

Wychowywałam się w domu, w którym nie mówiło się o tym, że marzenia są realne, że można myśleć inaczej i samemu kreować swoje życie. Od dziecka pamiętam jak moi rodzice nieustannie się kłócili. Nie chcę powiedzieć, że byli złymi rodzicami. Miałam co jeść, w co się ubrać, miałam w miarę normalne relacje. Ale to nie był obraz rodziny, który chciałam kontynuować u siebie, w dorosłym życiu. Nie pamiętam, by matka z ojcem kiedykolwiek wyszli razem do restauracji/kina czy żeby w jakikolwiek sposób spędzali razem miło czas. Podobno pobrali się z miłości, ale musiała chyba wyparować przed moim przyjściem na świat..

 

Przez to ciągłe napięcie w domu, często zamykałam się w swoim pokoju i coś tam sobie dłubałam – rysowałam, czytałam jakieś książki, oglądałam filmy. Nie było w sumie żadnej innej alternatywy – wtedy nie było tylu zajęć dodatkowych dla dzieciaków co teraz, nie miałam też komputera. Pamiętam, że chciałam tańczyć – potrafiłam odtworzyć choreografię różnych zespołów i marzyłam, by podróżować po świecie oraz występować na scenie. Ale rodzice nigdy nie motywowali mnie, by iść w tym kierunku, ciągle słyszałam tylko, że to nierealne.

 

Będąc jeszcze w liceum uświadomiłam sobie, że nie chcę być żadnym pracownikiem biurowym, ani pracować na kasie w supermarkecie. Tylko jeszcze nie wiedziałam, co innego mogę robić, nie miałam kompletnie pomysłu na siebie.

 

Jakieś 2-3 dni po maturze zmarła nagle moja mama, z którą miałam zdecydowanie lepszy kontakt niż z ojcem. I cały mój świat runął. Miałam w tym czasie zdawać egzaminy na studia i zamiast tego spędziłam całe wakacje w łóżku z depresją. Obudziłam się we wrześniu i stwierdziłam, że muszę iść do ludzi bo oszaleję. Poszłam więc na prywatną uczelnię, bo już do państwowych było za późno. Ale ciężko to znosiłam – wciąż przeżywałam to co się stało, nie chciało mi się chodzić na zajęcia i nie miałam ochoty na nawiązywanie znajomości. Myślałam nawet, żeby rzucić studia.

 

Jednak po jakimś czasie zauważyłam, że uczelnia bardzo mocno reklamuje programy wymiany studenckiej Work & Travel USA i poprosiłam ojca, by pomógł mi finansowo ogarnąć wyjazd.

 

Rany, jak mi się wtedy oczy otworzyły! Poznałam masę inspirujących ludzi z całego świata, poprawiłam swój język angielski, zwiedziłam Nowy Jork i Waszyngton, gdzie spotkałam ekipę filmową “Skarbu Narodów” (Nicolas Cage akurat wtedy został w hotelu..). No i zarobiłam wtedy pierwsze własne, naprawdę niezłe pieniądze. Pracowałam co prawda po 16-18 godzin dziennie, ale cała ta przygoda dodała mi niesamowitej energii i motywacji. I nauczyła mnie ciężkiej pracy. 

 

Wtedy równocześnie zdałam sobie sprawę, że to, co nie mieściło się w głowach moich rówieśników i mojej rodziny, było tak naprawdę na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło wsiąść do samolotu i nagle pojawił się nowy świat – świat perspektyw, możliwości i pozytywnego podejścia do życia. Amerykanie są totalnie inni od nas, oni nie siedzą i nie marudzą, tylko działają.

 

W tamtym okresie aparaty cyfrowe robiły furorę – jak tylko zarobiłam parę groszy to sobie taki sprawiłam. To mi znów otworzyło oczy – zaintrygowała mnie fotografia, pomyślałam, że może to jest coś, co mogłabym robić. Oczywiście to była zwykła małpka i na fotografowanie wesel się nie nadawała, ale fascynacja fotografią dała mi kolejny cel na przyszłość. Postanowiłam po studiach znaleźć jakiś staż w zakładzie fotograficznym. Wracając do kraju po tych 4 miesiącach największej przygody mojego życia, postanowiłam jakoś rozsądnie zainwestować pieniądze. Zarobione pieniądze wydałam więc na zrobienie prawa jazdy i aparatu korygującego mój krzywy zgryz. To były jedne z lepszych inwestycji w moim życiu. Przestałam mieć kompleksy z powodu swojego wyglądu i mogłam się zacząć normalnie uśmiechać. No i mogłam się przemieszczać samochodem 🙂

 

Po studiach wyjechałam z koleżanką z roku do Wielkiej Brytanii. Pracowałyśmy razem w hotelu i któregoś dnia szefowa oznajmiła nam, że nie mamy już pracy… Nie miałyśmy kasy na powrót do kraju i trzeba było szybko coś wykombinować. Powiedziałam więc do niej: chodźmy do sąsiedniego miasteczka, tam jest inny hotel, zapytamy o pracę. Na co ona odpowiedziała “nie, na pewno nas nie przyjmą, a jeśli już to najwyżej jedną z nas”. I tak bardzo protestowała, że musiałam sama pójść tej pracy szukać. I znalazłam tą pracę – dla siebie i dla niej… A to był jedyny hotel w miasteczku! Ale tak się złożyło, że akurat potrzebowali dodatkowej pomocy. Gdybym posłuchała tej negatywnie nastawionej do życia koleżanki, to nie wiem jakbyśmy skończyły.. A wystarczyło pójść i zapytać.

 

Po powrocie do Polski postanowiłam spróbować szczęścia w fotografii. Pracę w jakimś zakładzie fotograficznym było mi ciężko znaleźć, bo o fotografii miałam jeszcze wtedy blade pojęcie, a kursów w tamtych czasach nie było. Któregoś dnia jednak zatrzymałam się pod reklamą jakiejś agencji reklamowej. Jeszcze wcześniej w liceum, dokładnie w 1998 roku, zaczęłam regularnie korzystać z Internetu. Wtedy zaczęłam się też interesować tworzeniem stron internetowych w htmlu – robiłam je w popularnym wtedy Pajączku i zrobiłam nawet kilka stron na zlecenie dla różnych firm.

 

Tak więc stoję i patrzę na tą reklamę agencji – robią strony www, ulotki itp. Poszłam z głupa spytać o pracę – nie byłam w ogóle przygotowana na rozmowę – ani nie wiedziałam, co chcę powiedzieć, nie byłam też ubrana na rozmowę (byłam przepocona od jazdy na rowerze i w krótkich spodenkach). Chciałam tylko spytać, czy nie potrzebują kogoś do pracy i umówić się na właściwą rozmowę. Właścicielka jednak od razu zaprosiła mnie na rozmowę.. Nie miałam przy sobie CV toteż musiałam po prostu opowiedzieć coś o sobie. Wrażenie zrobił na niej fakt, że miałam własną stronę i znałam HTML (pamiętajcie, że to było dawno, wtedy jeszcze nie każdy miał swoją stronę, a już na pewno nikt nie wiedział jeszcze co to blog). Dostałam od ręki propozycję stażu.

 

Za staż dostawałam jakieś 400 zł miesięcznie, ale jak na tamte czasy to była dla mnie spora kwota. Przede wszystkim miałam satysfakcję, że mogłam się trochę uniezależnić od ojca i zacząć swoją zawodową drogę. 

 

Tylko zamiast robić strony www, zostałam osobą od wciskania kitów klientom. Nienawidziłam tej roboty – nie tylko z powodu tego, że sprzedawałam słaby produkt (mapa z reklamami) i nie miałam pojęcia o technikach sprzedaży, ale z powodu szefowej. Miała jakieś 60 lat, nie znała w ogóle branży i dzisiaj jak o niej myślę, to wiem, że sama nie wiedziała co w tej firmie robi. Chciała, bym sprzedawała na siłę. Nieważne, że klient prosił, by zadzwonić za miesiąc. Szefowej to nie interesowało, miałam dzwonić codziennie i pytać, czy już się zdecydował. Było mi głupio i wstyd przed klientami.

 

Jednak z perspektywy czasu uważam, że również była to jedna z lepszych decyzji w moim życiu. Tam poznałam moją późniejszą wspólniczkę, z którą na złość szefowej, założyłyśmy swoją agencję. I tą agencję mam do dzisiaj.

 

Nie było łatwo, momentami nawet bardzo pod górkę (zwłaszcza, gdy wspólniczka stwierdziła, że firma nie ma przyszłości i odeszła), miałam też trochę upadków i popełniłam mnóstwo błędów, ale dzisiaj, 8 lat później, jestem tu, gdzie zawsze chciałam być. Mam fajny zespół, z którym robimy fajne projekty dla coraz większych firm. Robię to, co kocham, sama zarządzam swoim czasem i biorę urlop, kiedy mi się to podoba. Czuję się wolna. To przepiękne uczucie, którego wielu ludzi niestety nigdy nie doświadcza. Budzić się każdego dnia i myśleć, jakie to fajne rzeczy dziś będę robić – to jest dla mnie prawdziwy sukces.

 

I patrząc na różnych ludzi w moim otoczeniu, którzy głównie narzekają, czuję, że oni są bardzo zamknięci na możliwości, jakie pojawiają się właściwie z każdej strony. Patrząc na moją historię, ktoś mógłby powiedzieć, że to wszystko to był przypadek albo po prostu miałam szczęście. Tylko, że szczęście samo nie przychodzi, trzeba mu pomóc.

 

To ja podjęłam decyzję, że chcę wyjechać do Stanów. Mimo, że nigdy wcześniej nie byłam sama za granicą i miałam mega cykora. To, że potem znalazłam staż w tej agencji i dzięki temu założyłam swoją firmę, to też była moja decyzja. Stałam pod tą reklamą i myślałam, że na pewno się nie nadam do tej pracy. I że nie jestem przygotowana do rozmowy. Mało tego.. byłam spocona i nie ubrana odpowiednio. To nie mogło się udać! Gdybym się wtedy odwróciła i poszła do domu, to pewnie dziś moje życie byłoby zupełnie inne. Ale pomyślałam “a co mi się stanie, jak zapytam?”.

 

Mogłam też odmówić wejścia w spółkę, bo nie miałam żadnego doświadczenia w biznesie i bałam się. Poszłam jednak na żywioł. Mogłam zrezygnować z firmy, kiedy odeszła moja wspólniczka. Ale dzięki temu, że odeszła, mogłam poprowadzić firmę po swojemu, zrealizować własne pomysły. Zmieniłam stronę, ofertę i podejście do klientów. Udało mi się stworzyć fajną firmę. A teraz prowadzę kolejny fajny projekt www.ideowi.pl

 

Rozumiesz już, na czym polega droga do sukcesu? Mówią o tym na szkoleniach, za które płaci się ciężką kasę. A ja Ci powiem za darmo. TRZEBA RUSZYĆ TYŁEK ! Właśnie oszczędziłeś kilkaset złotych, nie dziękuj 😉

 

Nie wmawiaj sobie, że się do czegoś nie nadajesz, albo że nie jesteś jeszcze gotowy. I nie słuchaj, kiedy inni Ci mówią, że coś się nie uda. Jeśli masz jakiś pomysł – idź za nim! Nie bój się porażki, jak nie wyjdzie to przynajmniej będziesz wiedzieć, że próbowałeś. A ile się nauczysz! Każde doświadczenie jest cenne.

 

Jeśli czegoś bardzo chcesz i będziesz w tym konsekwentny, w końcu Ci się uda!

 

Ten tekst ukazał się także w “Magazyn Manager +

 

Twoja kolej

Masz jakieś pytania? Śmiało zadaj je w komentarzach pod tym wpisem! Jeśli spodobał Ci się ten wpis, to proszę prześlij go e-mailem do swoich znajomych, lub podziel się nim na Facebooku lub Twitterze. Dziękuję!

Opt In Image
Darmowy ebook!

Dołącz do prawie 400 osób, które otrzymały bezpłatny ebook "Narzędzia i książki, które pomogą Ci w biznesie", a także newsletter, w którym dzielę się swoją wiedzą o prowadzeniu biznesu!

Zobacz także

  • Dziękuję Ci Monika za ten artykuł, bo właśnie stoję na takim rozdrożu. Twoja historia jest fajnym kopniakiem w tyłek i będę o niej pamiętać w chwilach zwątpienia. A nóż mi się uda 😉

  • Bardzo fajny wpis! I faktycznie to, co powiedziałaś jest tym, co mówią często na drogich szkoleniach. Do tego, aby ruszyć tyłek dorzuciłabym jeszcze jedno – nie bój się pytać! Od pytania jeszcze nikomu nic się nie stało, nic nie tracisz a możesz zyskać wiele. Gratuluję sukcesów i życzę Ci ich więcej 🙂

  • Dawid

    Przypadkiem trafiłem na artykuł pomimo tego, ze szukałem takiego od dawna. W skrócie napisałbym też – ,,po prostu próbuj nowych rzeczy bo to stwarza nowe okazje”. Dzięki za wpis. Zdecydowane słowa. Pozdrawiam.

    • Tak, trzeba wychodzić do ludzi, dużo czytać i próbować różnych rzeczy 🙂

  • Bardzo fajny artykuł Monika 🙂 Ale co mnie uderzyło to te 16 godzin pracy :O No ale każde doświadczenie jest cenne 🙂 Idę ruszyć tyłek!

    • Nie było łatwo, to to było kilka miesięcy monotonnych dni, praca > spanie > praca, ale dzisiaj uważam, że naprawdę było warto bo sporo się nauczyłam

  • Pawel Filuciak

    Hej Monika, zupelnie przypadkiem trafilem na twojego bloga, strasznie sie ciesze ze wszystko dobrze u Ciebie. Tez uwazam ze wyjazd typu W&T daje niesamowitego kopa i otwiera oczy, poza tym mozna sprobowac roznych ciekawych rzeczy i troche poszalec – a dzialo sie ;). Teraz posiadajac dzieci mysle o tym ze jak tylko podrosna to powinny tez tego sprobowac.

    • Ohoho! Kogo me oczy widzą! To fakt, ten wyjazd to była przygoda życia, przynajmniej mojego 🙂 Wciąż myślę, by jeszcze kiedyś tam wrócić i zrobić sobie jakiś dłuższy road trip po kilku stanach. Pozdrawiam, “Halinka” 🙂

  • Bardzo się cieszę, że trafiłam na Twojego bloga. Ten artykuł niesamowicie mnie zainspirował. Jesteś żywym przykładem, że jeśli się chce, to można. Wystarczy ruszyć tyłek 🙂

    • Fajnie, że Cię to zainspirowało 🙂 Daj znać, jak Ci idzie 🙂

  • Filip

    Witaj! Na Twojego bloga trafiłem przez przypadek, szukając wpisów o podobnej treści dotyczącej życia. I u mnie pojawił się dylemat w życiu: co dalej? (już nie liczę, który to raz).
    Niestety sytuacja życiowa i finansowa nie pozwalają mi wystartować z biznesem teraz. Jeszcze nie teraz. Jakoś tak w życiu wyszło, że mieszkam nadal w tym samym miejscu, nigdy nie miałem jakiś szczególnych ciągotek do nauki języków. Z perspektywy czasu widzę, jaka to strata. Aktualnie planuję roczny wyjazd za granicę do pracy. Choć praca jest tutaj jednym z licznych powodów. Z języka angielskiego rozumiem sporo, jednak jest blokada komunikacyjna. Myślę, że samotny roczny wypad za granicę będzie najlepszą szkołą. A do tego chcę pozwiedzać, poznać nowych ludzi. Szczerze mówiąc widzę trochę pokrycia Twojego życiorysu z moim, jakbym trochę czytał o sobie 🙂 Chciałbym przede wszystkim zarobić na korekcję wady zgryzu, co z pewnością doda mi pewności siebie. Wystarczy jeszcze spokojnie na kilka dodatkowych inwestycji w sprzęt foto i ruszę pełną parą 🙂
    Z pewnością będę śledził i czytał Twojego bloga. Cieszę się, że są tacy ludzie, jak Ty 🙂
    Dziękuję i pozdrawiam!

    • Wow Filip, dziękuję za ten komentarz! Zdecydowanie taki wyjazd za granicę może pomóc – mnie pomogło to przede wszystkim rozwinąć swoją znajomość angielskiego, a ten zawsze się przydaje. No i pieniądze można dobrze wykorzystać, inwestując w swoją przyszłość. Dobrze, że działasz, a nie siedzisz z założonymi rękami, jak większość ludzi 🙂 Zdradzisz, gdzie wyjeżdżasz i co tam będziesz robił ?

      • Filip

        Przepraszam, że odpisuję dopiero po czterech miesiącach, ale za granicą nie zawsze miałem czas i możliwości korzystać z komputera, a tym bardziej śledzić nowości na blogach oraz komentarze. Dosyć spontanicznie pojawiła się okazja do wyjazdu do Niemiec, z której skorzystałem. Pracowałem jako operator wózka widłowego (elektryczny paleciak) i wykładałem towar. Zupełnie nieambitna praca, ale pozwoliła poznać zupełnie inne życie, odbić się od finansowego dna i poukładać plany na nowo. Byłem tam równe cztery miesiące, z kilku powodów musiałem zrezygnować. Głównie powodów zdrowotnych, kręgosłup przy takich warunkach pracy szybko się niszczy. Atopowe zapalenie skóry też stwarzało sporo problemów, praca w kurzu i brudzie to wieczne problemy ze skórą. Minusem dla mnie również był brak możliwości rozwoju, co dla mnie, jako osoby która lubi działać, było męczące. Jak już odpocznę i wszystko ze zdrowiem wróci do normy – chcę otworzyć swoją firmę. Mam nadzieję, że już całkowicie będę robił to co uwielbiam – fotografować 🙂
        Dziękuję i pozdrawiam 🙂